• Wpisów:64
  • Średnio co: 18 dni
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 18:45
  • Licznik odwiedzin:2 418 / 1227 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Kochani przepraszam ze mnie tak dlugo nie bylo no ale juz jestem . Wybaczcie !
 

 
Mmmmmmmmmm..... kocham !
 

 
ROZDZIAŁ II
PODZIEMIE ROBI MI KAWAŁ TELEFONICZNY
Nic tak nie dopełnia cudownego poranka jak długa jazda taksówką z wściekłą dziewczyną.
Usiłowałem rozmawiać z Annabeth, ale ona zachowywała się tak, jakbym właśnie pobił jej
babcię. Udało mi się wyciągnąć z niej tyle, że miała pełną potworów wiosnę w San
Francisco, była w obozie dwa razy od świąt, ale nie chciała mi powiedzieć po co (to mnie
dodatkowo zirytowało, ponieważ nawet nie dała mi znać, że była w Nowym Jorku), i że nie
udało jej się dowiedzieć niczego o miejscu pobytu Nica di Ange-lo (długa historia).
- Jakieś wieści o Luke'u? - spytałem.
Pokręciła przecząco głową. Wiedziałem, że to dla niej delikatny temat. Annabeth zawsze
podziwiała Luke'a, byłego grupowego domku Hermesa, który nas zdradził i skumał się ze
złowrogim królem tytanów Kronosem. Nie chciała się do tego przyznać, ale Lukę nadal się
jej podobał. Kiedy z nim walczyła na górze Tamalpais zeszłej zimy, udało mu się jakimś
cudem przeżyć upadek z wysokiego na dwadzieścia metrów urwiska. A teraz, o ile
wiedziałem, krążył wciąż po morzach na swoim pełnym demonów liniowcu, podczas gdy
porąbane na części ciało Kronosa odtwarzało się, kawałek po kawałku w złotym sarkofagu,
czekając na moment, kiedy odzyska moc
-23-*
- dostatecznie, by rzucić wyzwanie bogom olimpijskim. W języku herosów oznacza to
„problem".
Góra Tam wciąż jest pełna potworów - powiedziała Annabeth. - Nie odważyłam się
podejść blisko, ale nie sądzę, żeby Lukę tam był. Chyba bym wiedziała, gdyby był. Niezbyt
podniosło mnie to na duchu.
A co z Groverem?
Jest w obozie - odparła. - Dziś się z nim zobaczymy.
Poszczęściło mu się? Z poszukiwaniem Pana?
Annabeth obracała w palcach paciorki, jak zawsze,
kiedy się niepokoiła.
Zobaczysz - odparła, ale nie doczekałem się dalszego wyjaśnienia. Kiedy jechaliśmy
przez Brooklyn, użyłem jej telefonu, żeby zadzwonić do mamy. Herosi starają się nie używać
komórek, jeśli da się tego uniknąć, ponieważ przesyłanie głosu jest jak puszczanie racy do
potworów: Tu jestem! Zjedz mnie, proszę! Uznałem jednak, że ten telefon jest ważny.
Zostawiłem wiadomość na sekretarce w domu, wyjaśniając, co się stało w szkole. Pewnie nie
wyszło to najlepiej. Powiedziałem mamie, że jestem cały, że nie powinna się martwić, ale że
zostanę w obozie, dopóki sprawa nie przycichnie. Poprosiłem ją też, aby powiedziała Paulowi
Blofisowi, że przepraszam.Jechaliśmy dalej w milczeniu. Miasto znikało za nami, aż wreszcie znaleźliśmy się poza
autostradą, na wiejskiej drodze wijącej się po północnej części Long Island, wśród sadów,
winnic i straganów ze świeżymi produktami.
Wpatrywałem się w numer telefonu, który Rachel Elizabeth Dare nabazgrała mi na ręce.
Wiedziałem, że to szaleństwo, ale kusiło mnie, żeby do niej zadzwonić. Może ona będzie w
stanie mi pomóc zrozumieć, co powiedziała empuza: o spalo-
-24-
nym obozie i uwięzieniu moich przyjaciół. No i dlaczego Kel-li wybuchnęła ogniem?
Wiedziałem, że potwory nigdy naprawdę nie umierają. W końcu - po kilku tygodniach,
miesiącach albo latach - Kel-li uformuje się na powrót z pierwotnego paskudztwa
zalegającego otchłanie Podziemia. A jednak zazwyczaj potwory nie dają się aż tak łatwo
niszczyć. O ile ją rzeczywiście zniszczyłem.
Taksówka wjechała na drogę 25A. Jechaliśmy przez lasy na północnym wybrzeżu, aż po
naszej lewej pojawiło się pasmo niskich wzgórz. Annabeth poprosiła taksówkarza, żeby
zatrzymał się przy bitej drodze oznaczonej numerem 3-141, u podnóża Wzgórza Herosów.
Kierowca zmarszczył brwi.
Tam przecież nic nie ma, panienko. Jesteś pewna, że chcecie tu wysiąść?
Tak, proszę. - Annabeth podała mu zwitek pieniędzy śmiertelników, a taksiarz na ten
widok zapewne uznał, że nie warto się spierać.
Następnie wspięliśmy się na wzgórze. Młody smok pilnujący drzemał, zwinięty wokół sosny,
ale uniósł miedzianą głowę, kiedy się zbliżyliśmy, i pozwolił Annabeth podrapać się pod
brodą.
Cześć, Peleusie - powiedziała. - Wszystko w porządku?
Kiedy ostatnim razem widziałem smoka, miał dwa metry długości. Teraz był co najmniej
dWa razy dłuższy i gruby jak pień drzewa. Nad jego głową, na najniższym konarze sosny
migotało Złote Runo, którego magia strzegła granic obozu przed napaścią. Smok wydawał się
rozluźniony, jakby nic się nie działo. Pod nami Obóz Herosów wyglądał spokojnie: zielone
pola, las, lśniące bielą budynki. Trzypiętrowa farma, którą nazywaliśmy Wielkim Domem,
stała dumnie na środku -25-
pola truskawek. Na północy, poza plażą, zatoka Long Island lśniła w promieniach słońca. A
jednak... coś było nie w porządku. W powietrzu wyczuwało się napięcie, jakby całe wzgórze
wstrzymywało oddech, czekając na coś niedobrego, co miało się wydarzyć. Zeszliśmy do
doliny i zastaliśmy letnie zajęcia w pełnym rozkwicie. Większość obozowiczów przyjechała
już w poprzedni piątek, więc natychmiast poczułem się wyłączony z głównego nurtu.
Satyrowie grali na piszczałkach na polach truskawek, wspomagając rosnące krzaczki leśną
magią. Obo-zowicze unosili się nad lasem na pegazach, ćwicząc ujeżdżanie skrzydlatych
koni. Z kuźni unosił się dym i słychać było brzęk młotów - dzieciaki uczyły się wykuwaniar
broni na lekcjach rzemiosł i sztuk. Zespoły Ateny i Demeter ścigały się na rydwanach, a na
jeziorze kajakowym jakaś grupka na greckiej trierze walczyła z wielkim pomarańczowym
wężem morskim. Najzwyklejszy dzień na obozie.
Muszę porozmawiać z Clarisse - oznajmiła Annabeth.
Wybałuszyłem na nią oczy, jakby powiedziała: Muszę zjeść
wielką, śmierdzącą skarpetę.
Po co?
Clarisse z domku Aresa była jedną z najbardziej przeze mnie nielubianych osób. Była
wrednym, niewdzięcznym dziewczyniskiem. Jej tato, bóg wojny, pragnął mojej śmierci. Ona
zaś regularnie starała się zrobić ze mnie mielonkę. Poza tym była całkiem fajna.
Pracujemy nad czymś - odparła Annabeth. - Do zobaczenia później.
Pracujecie nad czym?Annabeth zerknęła w stronę lasu.
Dam znać Chejronowi, że przyjechałeś - powiedziała. -Będzie chciał porozmawiać z
tobą przed przesłuchaniem. -26-
Jakim przesłuchaniem? Ona jednak odbiegła ścieżką wiodącą ku strzelnicy,
nie odwracając nawet głowy.
Aha - mruknąłem. - Dzięki za rozmowę.
Idąc przez obóz, przywitałem się z kilkorgiem przyjaciół. Na podjeździe Wielkiego Domu
Connor i Travis Hoodowie z domku Hermesa naprawiali obozową terenówkę. Silena
Beauregard, grupowa domku Afrodyty, pomachała mi z pegaza. Wypatrywałem Grovera, ale
nigdzie go nie widziałem. W końcu zawędrowałem na arenę szermierczą, dokąd zazwyczaj
mnie ciągnęło, kiedy byłem w złym humorze. Ćwiczenia zawsze działają na mnie
uspokajająco. Może dlatego, że walka na miecze jest jedną z nielicznych rzeczy, które
naprawdę rozumiem.
Wszedłem na arenę i dech zamarł mi w piersi. Na samym środku, zwrócony do mnie tyłem,
siedział największy ogar piekielny, jakiego w życiu widziałem.
Widywałem już całkiem duże piekielne ogary. Jeden, wielkości nosorożca, chciał mnie zabić,
kiedy miałem dwanaście lat. Ale ten był większy od czołgu. Nie miałem pojęcia, jak przedarł
się przez magiczne granice obozu. Na dodatek czuł się jak we własnym domu: leżał na
brzuchu, pomrukując z zadowolenia i przeżuwając głowę ćwiczebnego manekina. Nie
zauważył mnie jeszcze, ale gdybym tylko wydał jakikolwiek dźwięk, z pewnością by mnie
wyczuł. Nie było czasu, żeby biec po pomoc. Wyciągnąłem Orkan i odetkałem go.
Haaa! - zaszarżowałem.
Opuściłem klingę ku olbrzymiemu karkowi potwora, kiedy nie wiadomo skąd pojawił się
drugi miecz i sparował moje cięcie. BRZĘK!
Piekielny ogar nastawił uszu.
-27--HAU!
Odskoczyłem w tył i instynktownie uderzyłem na posiadacza miecza - siwowłosego
mężczyznę w greckiej zbroi. Odparł mój atak bez najmniejszego problemu.
Ej! - zawołał. - Rozejm!
HAU! - szczekanie piekielnego ogara wstrząsnęło areną.
Przecież to ogar piekielny! - krzyknąłem.
Jest nieszkodliwa - odparł tamten mężczyzna. - To Pani 0'Leary.
Zamrugałem powiekami.
Pani 0'Leary?
Na dźwięk swojego imienia piekielna suka zaszczekała znowu. Uświadomiłem sobie, że nie
jest rozgniewana. Była podekscytowana. Popchnęła mokrego, źle przeżutego manekina w
kierunku mężczyzny z mieczem.
Dobra dziewczynka - powiedział. Wolną ręką chwycił uzbrojonego manekina za kark
i rzucił nim w kierunku trybun. - Łap Greka! Łap Greka!
Pani 0'Leary skoczyła za swoją zdobyczą i przygniotła manekina do ziemi, spłaszczając jego
zbroję. Po czym zabrała się za przeżuwanie hełmu.
Mężczyzna z mieczem uśmiechnął się sucho. Na moje oko miał jakieś pięćdziesiąt lat. Krótko
strzygł siwiejące włosy i brodę. Był w świetnej formie jak na niemłodego już człowieka. Miał
na sobie czarne spodnie wspinaczkowe i spiżowy pancerz na pomarańczowym podkoszulku.
Na jego karku widniał dziwaczny znak: fioletowawa plama, jak jakieś znamię czy tatuaż, ale
zanim zdołałem się lepiej przyjrzeć, poprawił rzemyki zbroi i znamię znikło pod koszulką.Pani 0'Leary to moja wychowanka - oznajmił. - Nie mogłem pozwolić ci ciachnąć ją
mieczem po zadku, prawda? Mogłaby się przestraszyć. -28--HAU!
Odskoczyłem w tył i instynktownie uderzyłem na posiadacza miecza - siwowłosego
mężczyznę w greckiej zbroi. Odparł mój atak bez najmniejszego problemu.
Ej! - zawołał. - Rozejm!
HAU! - szczekanie piekielnego ogara wstrząsnęło areną.
Przecież to ogar piekielny! - krzyknąłem.
Jest nieszkodliwa - odparł tamten mężczyzna. - To Pani 0'Leary.
Zamrugałem powiekami.
Pani 0'Leary?
Na dźwięk swojego imienia piekielna suka zaszczekała znowu. Uświadomiłem sobie, że nie
jest rozgniewana. Była podekscytowana. Popchnęła mokrego, źle przeżutego manekina w
kierunku mężczyzny z mieczem.
Dobra dziewczynka - powiedział. Wolną ręką chwycił uzbrojonego manekina za kark
i rzucił nim w kierunku trybun. - Łap Greka! Łap Greka!
Pani 0'Leary skoczyła za swoją zdobyczą i przygniotła manekina do ziemi, spłaszczając jego
zbroję. Po czym zabrała się za przeżuwanie hełmu.
Mężczyzna z mieczem uśmiechnął się sucho. Na moje oko miał jakieś pięćdziesiąt lat. Krótko
strzygł siwiejące włosy i brodę. Był w świetnej formie jak na niemłodego już człowieka. Miał
na sobie czarne spodnie wspinaczkowe i spiżowy pancerz na pomarańczowym podkoszulku.
Na jego karku widniał dziwaczny znak: fioletowawa plama, jak jakieś znamię czy tatuaż, ale
zanim zdołałem się lepiej przyjrzeć, poprawił rzemyki zbroi i znamię znikło pod koszulką.
Pani 0'Leary to moja wychowanka - oznajmił. - Nie mogłem pozwolić ci ciachnąć ją
mieczem po zadku, prawda? Mogłaby się przestraszyć. -28-
A kim ty jesteś?
Nie zabijesz mnie, jeśli odłożę miecz?
Chyba nie. Wsunął miecz do pochwy i
wyciągnął do mnie rękę.
Kwintus. Potrząsnąłem jego dłoń. Była szorstka
jak papier ścierny.
Percy Jackson - odpowiedziałem. - Przepraszam za... Jak ty, no...
Udomowiłem piekielnego ogara? To długa opowieść, pełna spotkań twarzą w twarz ze
śmiercią oraz wielu ogromnych zabawek do żucia. Tak poza tym, to jestem tu nowym
nauczycielem szermierki. Pomagam Chejronowi pod nieobecność Pana D.
Aha. - Usiłowałem się nie gapić na Panią 0'Leary odgryzającą tarczę manekina z
wciąż przyczepioną do niej ręką, a następnie potrząsającą nią niczym dyskiem. - Jak to... Pan
D. wyjechał?
Tak, cóż... ciężkie czasy. Nawet stary Dionizos musi pomóc. Pojechał w odwiedziny
do kilku starych kumpli. Żeby się upewnić, że stoją po właściwej stronie. Zapewne nie
powinienem nic więcej mówić.
Nieobecność Dionizosa była najlepszą wiadomością, jaką otrzymałem tego dnia. Był on
dyrektorem obozu, ponieważ Zeus zesłał go tutaj za karę w związku z podrywaniem
niedostępnej nimfy leśnej. Nienawidził obozowiczów i starał się, jak mógł, uprzykrzać nam
życie. Skoro wyjechał, lato zapowiadało się fajnie. Z drugiej jednak strony, jeśli nawet
Dionizos ruszył tyłek i zaczął pomagać bogom zbierać armię przeciwko tytanom, to sytuacja
musiała być naprawdę groźna.Po mojej lewej rozległo się głośne BUM. Sześć stojących nieopodal drewnianych skrzyń
wielkości stolików piknikowych
-29-
4
zaczęło drżeć. Pani 0'Leary przechyliła głowę i powlokła się ku nim.
Ej, dziewczynko! - zawołał za nią Kwintus. - To nie dla ciebie.
Rzucił jej tarczę na przynętę.
Skrzynie trzęsły się i wydawały głuche odgłosy. Na ich bokach były wypisane jakieś słowa,
ale z moją dysleksją potrzebowałem dłuższej chwili, żeby je odszyfrować: RANCZO
POTRÓJNE G OSTROŻNIE TĄ STRONĄ DO GÓRY Na dole mniejszymi literami
wypisano: ZACHOWAĆ OSTROŻNOŚĆ PRZY OTWIERANIU.
RANCZO POTRÓJNE G NIE ODPOWIADA ZA ZNISZCZENIA, KALECTWO ANI
WYJĄTKOWO BOLESNĄ ŚMIERĆ.
Co jest w tych skrzyniach? - zapytałem.
Mała niespodzianka - odparł Kwintus. - Do jutrzejszych ćwiczeń. Spodoba ci się.
Aha, okej - odpowiedziałem, choć nie byłem pewny, czy podoba mi się ten kawałek o
„wyjątkowo bolesnej śmierci". Kwintus rzucił spiżową tarczę i Pani OLeary skoczyła za nią.
Wam, młodym, potrzeba prawdziwych wyzwań. Kiedy ja byłem chłopcem, nie
mieliśmy takich obozów.
Ty... Ty jesteś herosem? - Nie chciałem, żeby w moich słowach zabrzmiało aż takie
zdumienie, ale nigdy wcześniej nie widziałem dorosłego herosa. Kwintus zaśmiał się.
Niektórzy z nas dożywają dorosłości, wiesz? Nie wszyscy są przedmiotem
straszliwych przepowiedni.
Słyszałeś o mojej przepowiedni?
Słyszałem to i owo.
-30-
Miałem ochotę zapytać, co to za „to i owo", ale w tej chwili na arenie rozległ się stukot
kopyt Chejrona.
Tu jesteś, Percy!
Musiał wracać z lekcji łucznictwa: przez koszulkę z napisem CENTAUR NR 1 miał
przewieszony łuk i kołczan. Przystrzygł na lato swoje bujne brązowe włosy i brodę, a dolną
część jego ciała, która była białym ogierem, pokrywały plamy błota i trawy.
Widzę, że zapoznałeś się z naszym nowym trenerem. -Ton Chejrona był lekki, ale w
oczach dostrzegałem niepokój. -Kwintusie, nie będziesz miał nic przeciwko, jeśli wypożyczę
Percy'ego?
Absolutnie, mistrzu Chejronie.
Nie musisz nazywać mnie „mistrzem" - odparł Chejron, chociaż wyglądał na
zadowolonego. - Chodź, Percy. Mamy mnóstwo spraw do omówienia. Zerknąłem
raz jeszcze na Panią 0'Leary, która odgryzała właśnie nogi manekina.
Do zobaczenia - powiedziałem do Kwintusa. Kiedy się oddaliliśmy,
szepnąłem do Chejrona: - Kwintus wydaje się tro.chę...
Tajemniczy? - podpowiedział Chejron. - Zagadkowy?
-Aha. Chejron potaknął.Doskonale wyszkolony heros. Znakomity szermierz. Gdyby tylko rozumiał...
Cokolwiek zamierzał powiedzieć, najwyraźniej się rozmyślił.
Najpierw o sprawach najważniejszych, Percy. Annabeth powiedziała mi, że spotkałeś
kilka empuz.
Mhm. - Opowiedziałem mu o walce w Goode i o tym, jak Kelli wybuchnęła
płomieniem. -31-
Hmmm - odparł Chejron. - Te potężniejsze umieją to robić. Ona nie zginęła, Percy.
Po prostu uciekła. Niedobrze, że te demonice się budzą.
Co one tam robiły? - spytałem. - Czekały na mnie?
Być może. - Chejron zamyślił się. - Zadziwiające, że przeżyłeś. Ich zdolności do
oszukiwania... Niemal każdy heros płci męskiej wpada w ich sidła i zostaje pożarty.
Ze mną też by się tak stało - przyznałem się. - Gdyby nie Rachel.
Chejron pokiwał głową.
Co za ironia, żeby zostać ocalonym przez śmiertelniczkę, ale jesteśmy jej
dłużnikami. A o tym, co empuza powiedziała o ataku na obóz, musimy porozmawiać. Ale na
razie chodź, trzeba iść do lasu. Grover chce, żebyś tam był.
Gdzie?
Na jego oficjalnym przesłuchaniu - odpowiedział posępnie Chejron. - Rada Starszych
Kopytnych zbiera się, żeby zdecydować o jego losie.
Chejron powiedział, że powinniśmy się pospieszyć, więc pozwoliłem mu przewieźć się na
grzbiecie. Kiedy galopem mijaliśmy domki, zerknąłem w stronę jadalni - utrzymanego w
greckim stylu pawilonu na wzgórzu z widokiem na morze. Oglądałem to miejsce po raz
pierwszy od zimy, przypomniały mi się więc mało przyjemne rzeczy. Chejron wbiegł do lasu.
Nimfy wyglądały z drzew, żeby się nam przyjrzeć. W cieniu przemykały wielkie postacie -
trzymane tu jako wyzwania dla obozowiczów potwory. Myślałem, że nieźle znam las, po tym
jak dwa lata z rzędu grałem tu w bitwę o sztandar, ale Chejron pokłusował ścieżką, której nie
rozpoznawałem, wiodącą przez tunel starych -32-* ♦
wierzb, za niewielki wodospad, na polanę porośniętą dzikimi kwiatami. Na trawie kręgiem
siedziała grupka satyrów. Grover stał pośrodku, zwrócony twarzą do trójki naprawdę starych
i naprawdę grubych satyrów, którzy zajęli miejsca na tronach z fantazyjnie przyciętych
krzaków róż. Nigdy wcześniej ich nie widziałem, domyśliłem się więc, że to Rada Starszych
Kopytnych.
Grover coś im opowiadał. Miął w palcach brzeg swojego podkoszulka, przestępując nerwowo
z kopyta na kopyto. Nie zmienił się wiele od ostatniej zimy, może dlatego że satyrowie
starzeją się dwa razy wolniej niż ludzie. Za to jego trądzik miał się coraz lepiej. Różki urosły
nieco, wystając spomiędzy kędzierzawych włosów. Ze zdumieniem uzmysłowiłem sobie, że
jestem wyższy od Grovera.
Po jednej stronie kręgu stały Annabeth, Clarisse i jeszcze jedna dziewczyna, której nigdy nie
widziałem. Chejron zsa-dził mnie z grzbietu koło nich.
Proste brązowe włosy Clarisse były związane do tyłu chustką moro. Clarisse wyglądała na
jeszcze bardziej przy-pakowaną niż zwykle, o ile to możliwe, jakby ćwiczyła na siłowni.
Rzuciła mi gniewne spojrzenie, sycząc w moją stronę „śśśmieć!", co znaczyło, że jest w
dobrym humorze. Zazwyczaj na powitanie próbuje mnie zabić.
Annabeth obejmowała ramieniem tę trzecią dziewczynę, która chyba chwilę wcześniej
płakała. Była niska - rozmiar XS, że tak powiem - miała delikatne włosy w kolorze bursztynu
i śliczną, elfią buzię. Ubrana była w zielony chiton i sznurowane sandały i raz po raz
przecierała oczy chusteczką.Fatalnie idzie - powiedziała ze szlochem.
Nie, nie. - Annabeth poklepała ją po ramieniu. - Wszystko będzie w porządku,
Kalinko.
Następnie spojrzała na mnie i ułożyła usta w dwa słowa: Dziewczyna Grovera. W każdym
razie tak mi się wydawało, choć nie miało to sensu. Grover i dziewczyna? Przyjrzałem się
lepiej Kalinie i zobaczyłem, że jej uszy są lekko spiczaste. A oczy, zamiast poczerwienieć od
płaczu, miały zielonkawą barwę jak chlorofil. Była nimfą leśną, driadą.
Panie Underwood! - krzyczał siedzący po prawej członek rady, przerywając za
każdym razem, kiedy Grover zaczynał mówić. - Naprawdę mamy w to uwierzyć?
A-ależ, Sylenie - wyjąkał Grover. - To prawda!
Sylen zwrócił się do swoich kolegów, mamrocząc coś pod nosem. Chejron pokłusował ku
nim i stanął obok. W sumie wiedziałem, że był honorowym członkiem Rady, ale nigdy o tym
nie myślałem. Starsi nie wyglądali bardzo imponująco. Przypominali mi kozy w małym zoo:
wielkie brzuchy, senny wyraz twarzy, szkliste spojrzenia, które nie są w stanie dostrzec nic
poza kolejną porcją paszy. Nie wiedziałem, dlaczego Grover tak się denerwuje. Sylen
naciągnął żółtą koszulkę polo na brzuch i poprawił się na różanym tronie.
Panie Underwood, od pół roku - pół roku - słyszymy te skandaliczne przechwałki, że
usłyszałeś głos boga dzikiej natury, Pana.
Ale tak było!
Bezczelność! - krzyknął Starszy siedzący po lewej.
Spokojnie, Maronie - odezwał się Chejron. - Cierpliwości.
Cierpliwości, doprawdy! - oburzył się Maron. - Mam po rogi tych bzdur. Jakby bóg
dzikiej natury zamierzał rozmawiać z... z nim.
Kalina wyglądała tak, jakby miała ochotę rzucić się na starego satyra i pobić go, ale Annabeth
i Clarisse ją powstrzymały. -34-
Nie rzucaj się, dziewczynko - mruknęła Clarisse. - Zaczekaj.
Nie wiem, co mnie bardziej zdumiało: Clarisse powstrzymująca kogokolwiek od walki czy
też to, że ona i Annabeth, nieznoszące się wzajemnie, wyglądały niemalże tak, jakby grały w
jednej drużynie.
Przez sześć miesięcy - ciągnął Sylen - folgowaliśmy ci, panie Underwood.
Pozwalaliśmy ci na wędrówki. Mogłeś zatrzymać licencję poszukiwacza. Czekaliśmy, że
przedstawisz jakieś dowody na poparcie swoich niedorzecznych roszczeń. I co znalazłeś
przez pół roku wędrówek?
Potrzebuję więcej czasu - powiedział Grover błagalnie.
Nic! - wtrącił się piskliwie Starszy siedzący pośrodku. -Nic nie znalazłeś.
Ależ, Leneusie...
Sylen uniósł rękę. Chejron pochylił się i powiedział coś do satyrów. Nie wyglądali na
zadowolonych. Pomrukiwali i dys-putowali między sobą, ale Chejron powiedział coś jeszcze
i Sylen westchnął. Skinął niechętnie głową.
Panie Underwood - oznajmił - dostaniesz jeszcze jedną szansę.
Grover rozpromienił się.
Dziękuję!
Jeden tydzień.
Co? Sylenie! To niemożliwe.
Jeszcze jeden tydzień, panie Underwood. Później, jeśli nie zdołasz dostarczyć
dowodów, będziesz musiał znaleźć sobie inne zajęcie. Coś, co będzie lepiej przystawało do
twoich scenicznych talentów. Sugeruję teatrzyk lalkowy. Albo stepowanie.
Ależ, Sylenie, ja... ja nie mogę stracić licencji poszukiwacza. Całe moje życie...
-35-Spotkanie Rady zakończone - przerwał mu Sylen. - Pora na południowy posiłek! Stary
satyr klasnął w ręce i spomiędzy drzew wynurzyła się grupka nimf niosących tace jarzyn,
owoców, metalowych puszek i innych kozich specjałów. Krąg satyrów przerwał się, kiedy
wszyscy rzucili się na jedzenie. Przygnębiony Grover przyczłapał do nas. Na wyblakłej
niebieskiej koszulce miał obrazek z satyrem. I napis: Masz kopyta?
Cześć, Percy - powiedział tonem tak załamanym, że nawet nie wyciągnął do mnie ręki
na powitanie. - Nieźle poszło, co? >
Stare capy! - wybuchnęła Kalina. - Och, Grover, oni nie mają pojęcia, jak bardzo się
starałeś!
Jest jeszcze inna możliwość - wtrąciła ponuro Clarisse.
Nie. Nie. - Kalina pokręciła głową. - Nie pozwolę ci, Grover.
Mój przyjaciel pobladł.
M-muszę się nad tym zastanowić. Ale nawet nie wiem, gdzie szukać.
O czym wy gadacie? - zapytałem. W
oddali rozległ się głos konchy. Annabeth
zacisnęła usta.
Później ci wyjaśnię, Percy. Lepiej wracajmy do domków. Zaraz inspekcja. Nie
wydawało mi się zbyt uczciwe, żebym miał się zabierać za porządki, skoro dopiero co
przyjechałem, ale tak już było. Każdego popołudnia jeden z grupowych obchodził pozostałe
domki ze zwojem papirusu. Najlepszy domek miał pierwszeństwo do pryszniców, co
oznaczało gwarancję gorącej wody. Ten domek, który wypadł najgorzej, dostawał dyżur w
kuchni. -36-
A teraz mój problem: zazwyczaj byłem sam w domku Posejdona, a nie należę do pedantów.
Harpie sprzątające przylatywały tylko w ostatni dzień lata, więc mój domek musiał wyglądać
tak, jak go zostawiłem w zimie: papierki z cukierków i torby po frytkach na łóżku, elementy
zbroi z bitwy o sztandar rozrzucone na podłodze.
Pobiegłem ku polanie, na której ustawiono w podkowę dwanaście domków - po jednym dla
każdego z Olimpijczyków. Dzieci Demeter zamiatały i sadziły kwiatki w skrzynkach za
oknami. Wystarczyło im pstryknięcie palcami, żeby wiciokrzew obrastał framugę drzwi, a
stokrotki pokryły dach. To było totalnie niesprawiedliwe. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek
trafiło im się ostatnie miejsce podczas inspekcji. Ludzie w domku Hermesa krzątali się
pospiesznie, wpychając brudne ciuchy pod łóżka i oskarżając się wzajemnie o kradzieże
drobiazgów. Byli bałaganiarzami, ale zaczęli sprzątanie wcześniej niż ja. < Z domku
Afrodyty wychodziła właśnie Silena Beauregard, sprawdzając punkty na papirusie. Zakląłem
pod nosem. Silena była miła, ale miała bzika na punkcie porządku, co czyniło ją najgorszą z
inspektorów. Lubiła, żeby wszystko wyglądało elegancko. A ja nie umiem zrobić nic
„elegancko". Niemal czułem już w rękach ciężar wszystkich garów, które przyjdzie mi
czyścić wieczorem.
Domek Posejdona stał na końcu szeregu bóstw płci męskiej po prawej stronie polany.
Zbudowany był z szarej morskiej skały inkrustowanej muszelkami, był długi i niski niczym
bunkier, ale jego okna wychodziły na morze i zawsze przewiewała go przyjemna bryza.
Wpadłem do środka, zastanawiając się, czy uda mi się wykonać szybkie sprzątanie metodą
zmiecenia wszystkiego pod
-37-
łóżko jak chłopaki od Hermesa, i ujrzałem zamiatającego podłogę mojego przyrodniego
brata,
Tysona.Percy! - ryknął na mój widok, upuszczając miotłę i rzucając się w moim kierunku.
Jeśli nigdy nie pędził ku wam rozentuzjazmowany cyklop w fartuszku w kwiatki i gumowych
rękawicach, to mówię wam, jest to nieźle otrzeźwiające.
Hej, wielkoludzie! - powitałem go. - Ej, uważaj na żebra. Żebra!
Udało mi się przeżyć jego niedźwiedzi uścisk. Postawił mnie na ziemi, szczerząc zęby z
radości, a jego jedyne brązowe oko błyszczało z podekscytowania. Zęby miał żółte i krzywe
jak zawsze, a włosy przypominały kopę siana. Miał na sobie potargane dżinsy w największym
istniejącym rozmiarze i wymiętą flanelową koszulę pod kwiecistym fartuszkiem. Nie
widziałem go prawie od roku, ponieważ udał się na dno morskie, by pracować w kuźniach
cyklopów.
Wszystko w porządku? - zapytał. - Nie zjadły cię potwory?
Ani troszkę. - Pokazałem mu, że wciąż posiadam obie ręce i obie nogi, a Tyson
zaklaskał radośnie.
Ojej! - zawołał. - Teraz będziemy się objadać masłem orzechowym i jeździć na rybich
konikach! Będziemy walczyć z potworami i zobaczę Annabeth, i będziemy robić z różnych
rzeczy BUM!
Miałem nadzieję, że nie chce robić tego wszystkiego jednocześnie, ale powiedziałem, że tak,
oczywiście, będziemy mieli świetną zabawę tego lata. Nie potrafiłem się powstrzymać od
uśmiechu, podchodził do wszystkiego z takim entuzjazmem.
Ale na razie - powiedziałem - mamy na głowie inspekcję. Musimy... Rozejrzałem się i
stwierdziłem, że Tyson nie próżnował. Podłoga była zamieciona. Łóżka pościelone. Źródełko
z wodą morską w kącie zostało niedawno wyczyszczone, aż koral -38-
lśnił. Na parapetach Tyson poustawiał napełnione wodą misy z ukwiałami i dziwacznymi
pobłyskującymi roślinami z morskich głębin, znacznie piękniejszymi niż wszystkie te
kwietne bukiety, które wyczarowywały dzieci Demeter.
Tyson, nasz domek wygląda... fantastycznie!
Rozpromienił się.
Widzisz rybie koniki? Zawiesiłem je na suficie!
Z sufitu na drucikach zwieszało się stadko miniaturowych hipokampów, jakby pływały w
powietrzu. Nie wierzyłem, że Tyson swoimi wielkimi łapskami był w stanie wykonać coś tak
delikatnego. Spojrzałem na moje łóżko i zobaczyłem wiszącą na ścianie tarczę.
Naprawiłeś ją!
Tarcza została paskudnie uszkodzona podczas ataku man-tikory w zimie, ale teraz wyglądała
jak nowa - ani jednego zadrapania. Wszystkie wyryte w spiżu przygody z Tysonem i
Annabeth na Morzu Potworów były wypolerowane na błysk. Spojrzałem na Tysona. Nie
wiedziałem, jak mu dziękować. Nagle za mną odezwał się czyjś głos. -Ojej.
W drzwiach stała Silena Beauregard z inspekcyjnym papirusem. Weszła do domku, obróciła
się szybko i uniosła brwi, patrząc na mnie.
Cóż, miałam pewne wątpliwości, ale umiesz dobrze sprzątać, Percy. Będę o tym
pamiętać.
Puściła do mnie oko i wyszła.
Całe popołudnie gadaliśmy i włóczyliśmy się z Tysonem, co było bardzo miłe po poranku
spędzonym na odpieraniu ataku demonicznych cheerleaderek.
Poszliśmy do kuźni, żeby pomóc Beckendorfowi od Hefajstosa w pracy. Tyson pokazał nam
swoje umiejętności -39-w wytwarzaniu magicznej broni. Wykuł wojenny topór
0 dwóch ostrzach tak szybko, że nawet Beckendorf był pod wrażeniem.
Podczas pracy Tyson opowiedział nam o roku spędzonym na dnie morza. Z błyskiem w oku
opisywał kuźnie cyklopów
1 pałac Posejdona, ale napomknął również o dającym się odczuć napięciu. Starzy
bogowie morza, którzy nim władali w czasach tytanów, zaczynali potyczki z naszym ojcem.
Kiedy Tyson opuszczał kuźnie, bitwy rozgrywały się na całym Atlantyku. Słysząc to, czułem
niepokój, jakby impuls, że powinienem pomóc, ale mój przyrodni brat zapewnił mnie, że
ojciec woli, abyśmy obaj byli w obozie.
Ponad powierzchnią morza też jest mnóstwo złych ludzi
powiedział Tyson. - Możemy zrobić im bum.
Z kuźni udaliśmy się nad jezioro, gdzie spędziliśmy chwilę w towarzystwie Annabeth.
Szczerze ucieszyła się na widok Tysona, ale widziałem, że jej myśli są zajęte czymś innym.
Wpatrywała się wciąż w las, jakby rozważała problem, jaki miał Grover z Radą. Nie miałem
jej tego za złe. Naszego przyjaciela nie było nigdzie widać, a mnie było go naprawdę żal.
Znalezienie zaginionego boga Pana stało się jego życiowym celem. Jego ojciec i stryj
zaginęli, podążając za tym samym marzeniem. Ostatniej zimy Grover usłyszał w myślach
głos, mówiący: Czekam na ciebie - głos, który jego zdaniem należał do Pana - ale
najwyraźniej ten trop donikąd go nie zaprowadził. Jeśli Rada odebrałaby mu teraz licencję,
byłby zdruzgotany.
Co to jest ta „inna możliwość"? - spytałem Annabeth.
Ta, o której wspomniała Clarisse? Annabeth wzięła do
ręki kamień i puściła kaczkę po tafli jeziora.
Coś, co wyczaiła Clarisse. Pomagałam jej trochę tej wiosny. Ale to
niebezpieczne. Zwłaszcza dla Grovera. -40-
Kozłonóg mnie przeraża - wymamrotał Tyson. Wbiłem w
niego wzrok. Mój brat stawiał czoła zionącym ogniem bykom,
morskim potworom i ludożerczym olbrzymom.
Czemu boisz się Grovera?
Ma rogi i kopyta - mruknął nerwowo Tyson. - A od koziej sierści kręci mnie w nosie.
To właściwie zakończyło rozmowę o Groverze.
Przed kolacją udaliśmy się z Tysonem na arenę szermierczą. Kwintus ucieszył się z
towarzystwa. Nadal nie chciał mi zdradzić, co znajduje się w drewnianych skrzyniach, ale
nauczył mnie kilku pchnięć. Facet był dobry. Walczył tak, jak niektórzy grają w szachy
-jakby obmyślał z góry wszystkie ruchy, a ty jako przeciwnik nie widzisz w nich sensu,
dopóki nie zada ostatniego ciosu i wygra, trzymając ci ostrze na gardle.
Nieźle - powiedział do mnie. - Ale za nisko trzymasz gardę.
Skoczył, a ja go zablokowałem.
Od zawsze jesteś szermierzem? - zapytałem.
Sparował cios wymierzony przeze mnie nad jego głowę.
Robiło się różne rzeczy.
Pchnął, a ja'uskoczyłem. Rzemień jego zbroi zsunął się i dostrzegłem to znamię na jego
ramieniu - fioletową plamę. Nie było to jednak przypadkowe znamię. Miało konkretny
kształt: ptaka ze złożonymi skrzydłami, jakby przepiórki albo czegoś w tym rodzaju.
Co to jest na twoim karku? - zapytałem, co brzmiało dość niegrzeczne, ale
zawsze można zwalić winę na ADHD. Zdarza mi się wyskakiwać w ten sposób. Kwintus
stracił rytm. Uderzyłem w rękojeść jego miecza i wytrąciłem mu ostrze z ręki. -41-Kozłonóg mnie przeraża - wymamrotał Tyson. Wbiłem w
niego wzrok. Mój brat stawiał czoła zionącym ogniem bykom,
morskim potworom i ludożerczym olbrzymom.
Czemu boisz się Grovera?
Ma rogi i kopyta - mruknął nerwowo Tyson. - A od koziej sierści kręci mnie w nosie.
To właściwie zakończyło rozmowę o Groverze.
Przed kolacją udaliśmy się z Tysonem na arenę szermierczą. Kwintus ucieszył się z
towarzystwa. Nadal nie chciał mi zdradzić, co znajduje się w drewnianych skrzyniach, ale
nauczył mnie kilku pchnięć. Facet był dobry. Walczył tak, jak niektórzy grają w szachy
-jakby obmyślał z góry wszystkie ruchy, a ty jako przeciwnik nie widzisz w nich sensu,
dopóki nie zada ostatniego ciosu i wygra, trzymając ci ostrze na gardle.
Nieźle - powiedział do mnie. - Ale za nisko trzymasz gardę.
Skoczył, a ja go zablokowałem.
Od zawsze jesteś szermierzem? - zapytałem.
Sparował cios wymierzony przeze mnie nad jego głowę.
Robiło się różne rzeczy.
Pchnął, a ja'uskoczyłem. Rzemień jego zbroi zsunął się i dostrzegłem to znamię na jego
ramieniu - fioletową plamę. Nie było to jednak przypadkowe znamię. Miało konkretny
kształt: ptaka ze złożonymi skrzydłami, jakby przepiórki albo czegoś w tym rodzaju.
Co to jest na twoim karku? - zapytałem, co brzmiało dość niegrzeczne, ale zawsze
można zwalić winę na ADHD. Zdarza mi się wyskakiwać w ten sposób. Kwintus stracił
rytm. Uderzyłem w rękojeść jego miecza i wytrąciłem mu ostrze z ręki. -41-
Potarł palce. Następnie poprawił zbroję, żeby ukryć znak. Uzmysłowiłem sobie, że to nie jest
tatuaż. To wyglądało jak stare oparzenie... Jak piętno.
Przypomnienie. - Podniósł miecz i zmusił się do uśmiechu. - Jeszcze raz?
Nacierał mocno, nie dając mi czasu na kolejne pytania.
Kiedy my dwaj walczyliśmy, Tyson bawił się z Panią O'Leary, którą nazywał „pieseczkiem".
Świetnie się bawili, walcząc o spiżową tarczę i grając w „Łap Greka". O zachodzie słońca
Kwintus nie był nawet spocony, co wydawało się dziwne, za to Tyson i ja byliśmy zgrzani i
lepcy, więc
 

 
Rozdział I

Bitwa z drużyną cheerleaderek

Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę w wakacje, było wysadzenie kolejnej szkoły. Mimo to w poniedziałkowy ranek pierwszego czerwca siedziałem w samochodzie mamy, zaparkowanym przed budynkiem szkoły średniej Goode przy 81. ulicy.

Goode mieściła się w wielkim gmachu z brązowego piaskowca, usytuowanym nad East River. Przed bramą parkowało kilka BMW i limuzyn. Wpatrując się w fantazyjny kamienny łuk nad wejściem, zastanawiałem się, jak szybko mnie stąd wywalą.

- Wyluzuj. - Mama wcale nie była rozluźniona. - To tylko dzień otwarty. No i pamiętaj, kochanie, że w tej szkole uczy Paul. Dlatego postaraj się... No wiesz.

- Nie zniszczyć jej?

- Tak.

Paul Blofis, chłopak mojej mamy, stał przed bramą, witając wchodzących po schodach przyszłych uczniów dziewiątej klasy. Ze szpakowatymi włosami, w dżinsach i skórzanej kurtce wyglądał jak aktor z telewizji, ale był tylko nauczycielem angielskiego. Udało mu się przekonać Goode, żeby przyjęli mnie do dziewiątej klasy, mimo że wylatywałem po kolei ze wszystkich dotychczasowych szkół. Ostrzegałem go, że to może nie być dobry pomysł, ale nie chciał słuchać.

Spojrzałem na mamę.

- Nie powiedziałaś mu prawdy o mnie, co?

Nerwowo bębniła palcami w kierownicę. Ubrała się elegancko na rozmowę o pracę - w swoją najlepszą niebieską sukienkę i buty na wysokich obcasach.

- Uznałam, że powinniśmy z tym poczekać - odparła.

- Żeby go nie odstraszyć?

- Jestem przekonana, że dzień otwarty minie spokojnie, Percy. To tylko jedno przedpołudnie.

- Super - mruknąłem. - Mogą mnie wyrzucić jeszcze przed początkiem roku.

- Myśl pozytywnie. Jutro jedziesz na obóz! Po lekcjach masz randkę...

- To nie jest żadna randka! - zaprotestowałem. - To tylko Anna­beth, mamo. Rany!

- Przyjedzie z obozu specjalnie po ciebie.

- No i co?

- Idziecie do kina.

- Aha.

- Tylko we dwoje.

- Mamo!

Uniosła ręce, jakby się poddawała, ale byłem pewny, że bardzo się stara nie roześmiać.

- Idź już do środka, kochanie. Zobaczymy się wieczorem.

Miałem właśnie wysiąść z samochodu, kiedy mój wzrok powędrował ku stopniom wiodącym do szkoły. Paul Blofis witał dziewczynę z kręconymi rudymi włosami. Miała na sobie brązowy podkoszulek i sprane dżinsy popisane mazakami. Kiedy się odwróciła, dostrzegłem jej twarz i dostałem gęsiej skórki.

- Percy? - spytała mama. - Coś nie tak?

- N-nic - wyjąkałem. - Czy w tej szkole jest boczne wejście?

- Z tamtej ulicy po prawej. Po co ci to?

- Do zobaczenia.

Mama miała już coś powiedzieć, ale wyskoczyłem z samochodu i pobiegłem z nadzieją, że rudowłosa dziewczyna mnie nie zauważyła.

Co ona tu robi? Nawet ja nie mogę mieć takiego pecha.

No dobra. Wkrótce miałem się przekonać, że mój pech może być znacznie większy.

Niespecjalnie udało mi się wślizgnąć na dzień otwarty niezauważonym. Dwie cheerleaderki w fioletowo-białych mundurkach stały przy bocznym wejściu, licząc, że zaskoczą nowych uczniów.

- Hej! - Uśmiechnęły się, a ja uznałem, że to moja pierwsza i ostatnia szansa na to, że jakakolwiek cheerleaderka będzie dla mnie miła.

Jedna z nich była blondynką o lodowatych niebieskich oczach, druga, czarnoskóra, miała ciemne kręcone włosy jak Meduza (a wierzcie mi, znam się na tym). Obie dziewczyny miały imiona wyszyte ukośnymi literami na mundurkach, ale przy mojej dysleksji wyglądało to jak pozbawione sensu spaghetti.

- Witaj w Goode - odezwała się blondynka. - Zobaczysz, będzie cuuudnie.

Kiedy jednak mierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, wyraz jej twarzy mówił co innego: Ble, co to za łajza?

Druga dziewczyna podeszła nieprzyjemnie blisko. Przyjrzałem się literom wyszytym na jej mundurku i odszyfrowałem imię Kelli. Pachniała różami i czymś jeszcze, co rozpoznałem dzięki lekcjom jeździectwa na obozie: był to zapach świeżo umytych koni. Dziwaczny zapach jak na cheer­leaderkę. Może uprawiała jeździectwo czy coś w tym rodzaju. W każdym razie podeszła tak blisko, że mogła mnie zepchnąć ze schodów.

- Jak masz na imię, kotku?

- Kotku?

- Wszyscy nowi to nasze kotki.

- Yyy. Percy.

Dziewczyny spojrzały po sobie.

- Ach, Percy Jackson - powiedziała blondynka. - Czekałyśmy na ciebie.

Te słowa zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Dziewczyny blokowały wejście, uśmiechając się bynajmniej nie przyjacielsko. Moja ręka powędrowała do kieszeni, gdzie trzymałem zabójczy długopis imieniem Orkan.

Nagle z wnętrza budynku dobiegł inny głos.

- Percy?

To był Paul Blofis, który musiał stać gdzieś w głębi korytarza. Pierwszy raz ucieszyłem się aż tak bardzo na dźwięk tego głosu.

Cheerleaderki cofnęły się. Przepchnąłem się między nimi tak ochoczo, że przypadkiem trąciłem Kelli kolanem w udo.

Brzdęk.

Jej noga wydała głuchy, metaliczny odgłos, jakbym kopnął w maszt na flagę.

- Au - mruknęła. - Uważaj, kocie.

Spojrzałem w dół, ale jej noga wyglądała całkiem zwyczajnie. Byłem zbyt przerażony, żeby zadawać dalsze pytania. Rzuciłem się w głąb korytarza, słysząc za sobą śmiech dziewczyn.

- Jesteś! - powitał mnie Paul. - Witaj w Goode!

- Hej, Paul... To znaczy, dzień dobry, panie Blofis. - Obejrzałem się, ale dziwaczne cheerleaderki zniknęły.

- Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha, Percy.

- Yyy... No...

Paul poklepał mnie po plecach.

- Wiem, że się denerwujesz, ale nie przejmuj się tak. Mamy tu mnóstwo dzieciaków z ADHD i dysleksją. Nauczyciele wiedzą, jak sobie z tym radzić.

Omal się nie roześmiałem. Jakby to ADHD i dysleksja były moimi największymi zmartwieniami. Oczywiście wiedziałem, że Paul stara się mi pomóc, ale gdybym mu powiedział prawdę, albo uznałby mnie za wariata, albo uciekłby z krzykiem. Na przykład te cheerleaderki. Miałem co do nich złe przeczucia...

Mój wzrok powędrował w głąb korytarza i przypomniałem sobie kolejny problem. Rudowłosa dziewczyna, którą widziałem na frontowych schodach, pojawiła się właśnie w głównym wejściu.

Nie patrz na mnie, błagałem w myślach.

Zauważyła mnie. Zrobiła wielkie oczy.

- Gdzie ten dzień otwarty? - zapytałem Paula.

- W sali gimnastycznej. Tam. Ale...

- Dozo.

- Percy? - zawołał za mną, ale ja już puściłem się pędem.

Myślałem, że ją zgubiłem.

Ku sali gimnastycznej kierowała się grupka dzieciaków i wkrótce wmieszałem się w tłum trzystu czternastolatków stłoczonych na trybunach. Orkiestra dęta fałszowała jakąś melodię - brzmiało to tak, jakby ktoś walił metalowym kijem bejsbolowym w worek pełen kotów. Na środku stali starsi uczniowie, pewnie z samorządu - poprawiali mundurki i starali się wyglądać luzacko. Wokół kręcili się nauczyciele, uśmiechając się i witając z uczniami. Na ścianach sali gimnastycznej wisiały wielkie fioletowo-białe banery z napisami w stylu "WITAMY PRZYSZŁYCH UCZNIÓW", "GOODE TO CUD", "JESTEŚMY RODZINĄ" i podobnie radosnymi sloganami, na których widok robiło mi się niedobrze.

Żaden z przyszłych uczniów nie wyglądał na zachwyconego. Wiecie, dni otwarte w czerwcu nie są zabawne, zważywszy, że szkoła zaczyna się dopiero we wrześniu - ale w Goode "zaczynamy wyścig po sukces już teraz!". W każdym razie tak informowała ulotka.

Orkiestra skończyła grać. Facet w prążkowanym garniturze podszedł do mikrofonu i zaczął gadkę, ale w sali był taki pogłos, że nie miałem pojęcia, co mówi. Równie dobrze mógł sobie płukać gardło.

Ktoś chwycił mnie za ramię.

- Co ty tu robisz?

To była ona: mój rudowłosy koszmar.

- Rachel Elizabeth Dare - powiedziałem.

Szczęka jej opadła, jakby nie wierzyła, że zdołałem zapamiętać jej imię.

- A ty jesteś Percy coś tam. Nie dosłyszałam twojego nazwiska w grudniu, kiedy próbowałeś mnie zabić.

- Słuchaj, ja wcale... Ja nie... Co ty tu robisz?

- Chyba to samo co ty. Przyszłam na dzień otwarty.

- Mieszkasz w Nowym Jorku?

- A co, myślałeś, że na Zaporze Hoovera?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ile razy o niej myślałem (nie rozmyślałem o niej, po prostu czasem mi się przypominała, dobra?), zawsze wyobrażałem sobie, że mieszka gdzieś w okolicy Zapory Hoovera, ponieważ tam się spotkaliśmy. Spędziliśmy razem jakieś dziesięć minut, podczas których przypadkiem zamachnąłem się na nią mieczem, ona uratowała mi życie, po czym uciekłem ścigany przez bandę maszyn do zabijania. Wiecie, typowa przypadkowa znajomość.

- Ej, zamknijcie się - szepnął jakiś koleś za nami. - Cheerleaderki mówią!

- Siema, chłopaki! - zaświergotała do mikrofonu dziewczyna. Była to ta blondynka, którą spotkałem przy wejściu. - Mam na imię Tammi, a to moja kumpela Kelli.

Kelli wykonała młynek.

Siedząca koło mnie Rachel wrzasnęła, jakby ktoś ukłuł ją szpilką. Kilku uczniów spojrzało w jej stronę i parsknęło karcąco, ale Rachel dalej wpatrywała się z przerażeniem w cheer­leaderki. Tammi chyba nie zauważyła tego wybuchu. Nawijała o tym, jakie wspaniałe rzeczy czekają nas w nowej szkole.

- Uciekaj - powiedziała do mnie Rachel. - Już.

- Dlaczego?

Nie wyjaśniła. Przepchnęła się na koniec trybuny, nie zważając na zdziwione spojrzenia nauczycieli i pomruki dzieciaków, którym następowała na palce.

Zawahałem się. Tammi wyjaśniała, że mamy podzielić się na małe grupki i zwiedzić szkołę. Kelli złapała moje spojrzenie i uśmiechnęła się do mnie rozbawiona, jakby czekała, co zrobię. Nie wyglądałoby to dobrze, gdybym teraz zwiał. Paul Blofis siedział na dole wśród nauczycieli. Zacząłby się zastanawiać, co się stało.

W tej samej chwili przypomniało mi się, jaką to szczególną cechą wykazała się Rachel Elizabeth Dare zeszłej zimy na Zaporze Hoovera. Była w stanie dostrzec, że grupka ochroniarzy to wcale nie ochroniarze - nie byli nawet ludźmi. Z bijącym mocno sercem wstałem i wyszedłem za nią z sali gimnastycznej.

Znalazłem Rachel w pokoju orkiestry. Chowała się za wielkim bębnem w sekcji perkusji.

- Chodź tu! - zawołała. - I pochyl się!

Czułem się idiotycznie, kryjąc się za bongosami, ale przykucnąłem obok niej.

- Poszły za tobą? - zapytała Rachel.

- Masz na myśli cheerleaderki?

Potaknęła nerwowo.

- Nie sądzę - odrzekłem. - Czym one są? Co widziałaś?

W jej zielonych oczach czaił się strach. Na twarzy miała trochę piegów, które przywodziły mi na myśl gwiazdozbiory. Na brązowym podkoszulku widniał napis "HARVARD - WYDZIAŁ SZTUKI".

- Nie... Nie uwierzysz.

- Właśnie, że uwierzę - zapewniłem. - Wiem, że potrafisz przejrzeć Mgłę.

- Co?

- Mgłę. To jest... no, coś w rodzaju zasłony, która ukrywa prawdziwą naturę rzeczy. Niektórzy śmiertelnicy rodzą się z umiejętnością patrzenia przez nią. Tak jak ty.

Przyglądała mi się uważnie.

- To samo zrobiłeś na zaporze. Nazwałeś mnie śmiertelniczką. Tak jakbyś ty nie był śmiertelnikiem.

Miałem ochotę walnąć pięścią w bongo. Co ja sobie wyobrażam? Nigdy jej tego nie wytłumaczę, nie ma sensu próbować.

- Powiedz mi - prosiła. - Wiesz, co to znaczy? Te wszystkie przerażające rzeczy, które widzę?

- Słuchaj, to zabrzmi dziwnie. Znasz mity greckie?

- Takie jak... minotaur czy hydra?

- Tak, tylko nie wymieniaj tych imion, kiedy ja jestem w pobliżu, okej?

- I Erynie - mówiła, wyraźnie się rozkręcając. - I syreny, i...

- Okej! - Rozejrzałem się po pokoju, przekonany, że na słowa Rachel ze ścian wynurzą się gromady krwiożerczych potworności, ale nadal byliśmy sami. Z głębi korytarza dobiegały mnie odgłosy tłumu dzieciaków wychodzących z sali gimnastycznej. Zaczynało się grupowe oprowadzanie. Nie zostało nam dużo czasu na rozmowę.

- Wszystkie te potwory - powiedziałem - i wszyscy greccy bogowie... oni istnieją naprawdę.

- Wiedziałam!

Czułbym się lepiej, gdyby nazwała mnie łgarzem, ale Rachel wyglądała tak, jakbym właśnie potwierdził jej najgorsze przeczucia.

- Nie masz pojęcia, jak mi było ciężko - oznajmiła. - Przez lata myślałam, że wariuję. Nie mogłam nikomu powiedzieć. Nie mogłam... - Zmrużyła oczy. - Czekaj. Kim ty jesteś? To znaczy kim naprawdę?

- Nie jestem potworem.

- To wiem. Widziałabym, gdybyś był. A ty wyglądasz jak... ty. Ale nie jesteś człowiekiem, prawda?

Przełknąłem ślinę. Mimo że od trzech lat zdążyłem przywyknąć do tego, kim jestem, nigdy wcześniej nie rozmawiałem o tym ze zwykłym śmiertelnikiem - oczywiście z wyjątkiem mojej mamy, ale ona i tak wiedziała. Nie wiem czemu, ale postanowiłem wyjawić jej wszystko.

- Jestem półkrwi - powiedziałem. - Półczłowiekiem.

- I pół czym?

W tej samej chwili do sali weszły Tammi i Kelli. Drzwi zatrzasnęły się za nimi.

- Tu jesteś, Percy Jacksonie - powiedziała Tammi. - Teraz ty dostaniesz lekcję.

- Ależ one okropne! - jęknęła Rachel.

Dziewczyny nadal miały na sobie swoje fioletowo-białe kostiumy cheerleaderek, a w rękach trzymały pompony.

- Jak one naprawdę wyglądają? - zapytałem, ale Rachel była zbyt oszołomiona, żeby odpowiedzieć.

- Nie myśl o niej. - Tammi uśmiechnęła się do mnie promiennie i ruszyła w naszą stronę. Kelli została przy drzwiach, odcinając nam drogę ucieczki.

Byliśmy w pułapce. Wiedziałem, że będę musiał walczyć, ale uśmiech Tammi był tak zniewalający, że mnie rozpraszał. Miała piękne błękitne oczy, a włosy opadające jej na ramiona...

- Percy - ostrzegła mnie Rachel.

Wymamrotałem w odpowiedzi coś niezwykle inteligentnego, w rodzaju "Eee?".

Tammi zbliżała się z pomponami w wyciągniętych rękach.

- Percy! - Głos Rachel zdawał się dochodzić z bardzo daleka. - Otrząśnij się!

Kosztowało mnie to sporo wysiłku, ale wyciągnąłem z kieszeni długopis i odetkałem go. Orkan urósł w długi na metr spiżowy miecz, którego ostrze lśniło słabym złotym światłem. Uśmiech Tammi zmienił się w drwinę.

- Oj, nie przesadzaj - zaprotestowała. - To nie będzie potrzebne. Może by tak pocałunek?

Pachniała różami i czystą zwierzęcą sierścią: kombinacja dziwaczna, ale w jakiś sposób pociągająca.

Rachel uszczypnęła mnie mocno w rękę.

- Percy, ona chce cię ugryźć! Spójrz na nią.

- Ona jest tylko zazdrosna. - Tammi zerknęła za siebie, na Kelli. - Mogę, pani?

Kelli wciąż blokowała drzwi, oblizując ze smakiem wargi.

- Jasne, Tammi. Świetnie sobie radzisz.

Tammi zrobiła kolejny krok do przodu, ale ja skierowałem ostrze miecza w jej pierś.

- Cofnij się.

Warknęła.

- Kocie - powiedziała z obrzydzeniem. - To nasza szkoła, herosku. Żywimy się, kim mamy ochotę!

W tej samej chwili zaczęła się zmieniać. Twarz i ręce jej pobladły. Skóra zrobiła się biała jak kreda, a oczy całkiem czerwone. Zęby zamieniły się w kły.

- Wampirzyca! - wyjąkałem. Wtedy dostrzegłem jej nogi. Pod spódniczką cheerleaderki lewa noga była brązowa, włochata i zakończona oślim kopytem, a prawa miała kształt ludzkiej nogi, ale była z brązu.

- Yyy, wampirzyca z...

- Nie mów nic o nogach! - burknęła Tammi. - Niegrzecznie jest się wyśmiewać!

Zbliżała się do mnie na tych dziwacznych, niedobranych nogach. Wyglądała absurdalnie, zwłaszcza z tymi pomponami w rękach, ale nie byłem w stanie się śmiać, widząc jej czerwone oczy i ostre kły.

- Wampirzyca, mówisz? - Kelli zaśmiała się. - Te głupie legendy opowiadano o nas, głupcze. Jesteśmy empuzami, służymy Hekate.

- Mmm. - Tammi była coraz bliżej. - Mroczna magia uformowała nas ze zwierząt, spiżu i duchów! Żywimy się krwią młodych mężczyzn. Chodź, pocałuj mnie!

Obnażyła kły. Byłem jak sparaliżowany, ale Rachel rzuciła małym bębenkiem prosto w głowę empuzy.

Demonica syknęła i odtrąciła instrument. Potoczył się między pulpity, zahaczając o nie i grzechocząc. Rachel cisnęła ksylofonem, ale Tammi znów odbiła pocisk.

- Zazwyczaj nie zabijam dziewczyn - warknęła demonica. - Ale dla ciebie, śmiertelniczko, zrobię wyjątek. Masz nieco zbyt dobry wzrok!

Rzuciła się na Rachel.

- Nie! - Zamachnąłem się Orkanem.

Tammi usiłowała uchylić się przed ciosem, ale ciąłem dokładnie w jej mundurek, a ona z potwornym wrzaskiem rozpadła się w pył, który obsypał Rachel.

Dziewczyna zakaszlała. Wyglądała tak, jakby ktoś właśnie wysypał jej worek mąki na głowę.

- Fuj!

- Potwory tak mają - powiedziałem. - Przepraszam.

- Zabiłeś moją uczennicę! - krzyknęła Kelli. - Potrzeba ci lekcji z ducha szkoły, herosku!

Teraz ona zaczęła się przemieniać. Jej skręcone włosy przeistoczyły się w płomyki. Oczy zrobiły się czerwone. W ustach pojawiły się kły. Demonica skoczyła ku nam, stukając nieregularnie w posadzkę spiżową stopą i kopytem.

- Jestem starszą empuzą - warknęła. - Żaden heros nie dał mi rady od tysiąca lat.

- Serio? - zapytałem. - Więc jesteś przeterminowana!

Była znacznie szybsza niż Tammi. Uchyliła się przed moim kolejnym cięciem i wpadła w sekcję dętą - rząd puzonów przewrócił się z hukiem. Rachel usunęła jej się z drogi. Stanąłem przed nią. Kelli okrążała nas, a jej wzrok wędrował między mną a moim mieczem.

- Cóż za śliczny mieczyk - powiedziała. - Co za szkoda, że nas rozdziela.

Jej kształty zmieniały się co chwilę: raz była demonem, raz śliczną cheerleaderką. Próbowałem skupić myśli, ale bardzo mnie to rozpraszało.

- Biedactwo. - Kelli zachichotała. - Nawet nie wiesz, co się dzieje, prawda? Wkrótce twój ukochany obozik stanie w płomieniach, kumple zostaną niewolnikami Pana Czasu, a ty nie będziesz w stanie tego powstrzymać. Powinnam z litości zakończyć tu i teraz twoje życie, żebyś nie musiał tego oglądać.

Z głębi korytarza dobiegły mnie głosy. Zbliżała się grupa zwiedzających. Jakiś mężczyzna opowiadał coś o szyfrowych zamkach w szafkach.

Oczy empuzy rozbłysły.

- Doskonale! Będziemy mieć towarzystwo!

Podniosła tubę i rzuciła nią we mnie. Razem z Rachel uchyliliśmy się. Tuba przefrunęła nad naszymi głowami i wyleciała przez okno.

Głosy na korytarzu ucichły.

- Percy! - krzyknęła Kelli, udając przerażoną. - Czemu to wyrzuciłeś?

Zatkało mnie - nie byłem w stanie odpowiedzieć. Następnie podniosła pulpit i cisnęła z rozmachem w rząd klarnetów i fletów. Krzesła i instrumenty muzyczne poleciały na ziemię.

- Przestań! - powiedziałem.

Ludzie biegli korytarzem w naszym kierunku.

- Czas powitać gości! - Kelli obnażyła kły i pobiegła w kierunku drzwi.

Rzuciłem się za nią z Orkanem w ręku. Nie mogłem dopuścić, żeby skrzywdziła śmiertelników.

- Percy, nie! - krzyknęła Rachel.

Ja jednak zbyt późno zdałem sobie sprawę z zamiarów Kelli.

Demonica szeroko otwarła drzwi. Paul Blofis z grupką nowych uczniów cofnęli się przerażeni. Uniosłem miecz.

W ostatniej chwili empuza zwróciła się do mnie niczym przestraszona ofiara.

- Och, nie, proszę! - krzyknęła.

Nie byłem w stanie zatrzymać ostrza. Było już w ruchu.

Jednak zanim dotknęło jej ostrze z niebiańskiego spiżu, Kelli eksplodowała jak koktajl Mołotowa. Wszystko pokryła fala ognia. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby potwór zrobił coś takiego, ale nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Cofnąłem się do sali prób, kiedy płomień ogarnął drzwi.

- Percy? - Całkowicie oszołomiony Paul Blofis wpatrywał się we mnie przez ścianę ognia. - Co ty zrobiłeś?

Dzieciaki z krzykiem pobiegły korytarzem. Alarm przeciw­pożarowy wył. Umieszczone w suficie spryskiwacze włączały się z sykiem.

W całym tym chaosie poczułem, że Rachel ciągnie mnie za rękaw.

- Musisz się stąd wydostać!

Miała rację. Szkoła stanęła w płomieniach, a oskarżą o to mnie. Śmiertelni nie widzą dobrze przez Mgłę. Dla nich to wyglądało, jakbym zaatakował bezbronną cheerleaderkę na oczach świadków. Nie było szans, żebym zdołał się wytłumaczyć. Odwróciłem się od Paula i rzuciłem w stronę rozbitego okna.

Wybiegłem pędem z zaułka na 81. ulicę i wpadłem prosto na Annabeth.

- Hej, jesteś wcześniej! - roześmiała się, chwytając mnie w ramiona i ratując w ten sposób przed wpadnięciem na jezdnię. - Uważaj, dokąd idziesz, Glonomóżdżku.

Przez ułamek sekundy była w dobrym humorze i wszystko było w porządku. Miała na sobie dżinsy, pomarańczowy obozowy podkoszulek i swój naszyjnik z glinianych paciorków. Jasne włosy były spięte w koński ogon. Szare oczy błyszczały. Była gotowa biec do kina i spędzić ze mną fajne popołudnie.

W tej samej chwili z zaułka wynurzyła się Rachel Elizabeth Dare, wciąż pokryta potworowym pyłem.

- Percy, zaczekaj! - krzyknęła.

Uśmiech zniknął z twarzy Annabeth. Gapiła się to na Rachel, to na szkołę. Dopiero teraz zauważyła czarny dym i wyjące syreny alarmowe.

Spojrzała na mnie posępnie.

- Co tym razem narobiłeś? I kto to jest?

- Och, Rachel - Annabeth. Annabeth - Rachel. Yyy... to przyjaciółka, jak mi się wydaje.

Nie wiedziałem, jak inaczej określić Rachel. To znaczy ledwie ją znałem, ale po dwóch wspólnych spotkaniach oko w oko ze śmiercią nie mogłem zbyć jej jakimś "nie wiem".

- Hej - powiedziała Rachel i odwróciła się do mnie. - Ale masz kłopoty. I nadal wisisz mi wyjaśnienie!

Z oddali dobiegał jazgot policyjnych syren.

- Percy - powiedziała chłodno Annabeth. - Chodźmy stąd.

- Chcę wiedzieć coś więcej o ludziach półkrwi - upierała się Rachel. - I potworach. I to wszystko o bogach. - Chwyciła mnie za ramię, wyciągnęła z kieszeni wodoodporny pisak i nabazgrała mi na ręce numer telefonu. - Zadzwonisz i wyjaśnisz mi wszystko, zgoda? Jesteś mi to winien. A teraz zmykaj.

- Ale...

- Coś wymyślę - odparła Rachel. - Powiem im, że to nie była twoja wina. Uciekaj!

Pobiegła w kierunku szkoły, pozostawiając Annabeth i mnie na ulicy.

Annabeth gapiła się na mnie przez chwilę, po czym odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

- Hej! - Truchtałem za nią. - Tam były dwie empuzy - usiłowałem wyjaśniać. - Przebrane za cheerleaderki, wiesz? I powiedziały, że obóz spłonie, i...

- Powiedziałeś śmiertelniczce o herosach?

- Ona widzi przez Mgłę. Dostrzegła potwory dużo wcześniej niż ja.

- Dlatego musiałeś powiedzieć jej prawdę.

- Pamiętała mnie z Zapory Hoovera, więc...

- To wyście się już wcześniej spotkali?

- Zeszłej zimy. Ale poważnie, ja jej w ogóle nie znam.

- Całkiem śliczniutka.

- N-nie przyszło mi to do głowy.

Annabeth maszerowała w kierunku York Avenue.

- Dam sobie radę ze szkołą - obiecałem, marząc o zmianie tematu. - Naprawdę, wszystko będzie w porządku.

Nawet na mnie nie spojrzała.

- Obawiam się, że nici z naszych planów na popołudnie. Musimy cię stąd wywieźć, bo policja będzie cię szukać.

Za nami nad szkołą unosił się pióropusz dymu. Wydawało mi się, że dostrzegam w ciemnej kolumnie popiołu twarz - demonicę o czerwonych oczach, naśmiewającą się ze mnie.

Twój ukochany obozik stanie w płomieniach, powiedziała Kelli. Twoi kumple zostaną niewolnikami Pana Czasu.

- Masz rację - powiedziałem Annabeth, czując, że serce mi zamiera. - Musimy się dostać do Obozu Herosów. Natychmiast.

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy #4 - Bitwa w Labiryncie